Belle Epoque

NOWY SERIAL

ŚRODA 21:30

OD 15 LUTEGO

TVN

Polskie femme fatale XX wieku

Udostępnij Tweetnij Wykop

Femme fatale, czyli? Kobieta piękna, atrakcyjna, tajemnicza, żądna władzy. Jest uwodzicielką, swoim zachowaniem chce omotać mężczyznę, wzbudzić jego miłość, pożądanie, a następnie zniszczyć. Doprowadza mężczyzn do bankructwa, łamie ich życie i karierę, czasem doprowadza do śmierci. Takich pań nie brakowało w Polsce XX wieku.

Źródło: Shutterstock.com

Tamara Łempicka

Pisano, że była „nienasycona seksualnie, teatralna, elegancka, bystra i utalentowana”, a do tego „romansowała z każdym mężczyzną i każdą kobietą, których uznała za pięknych”. Tamara lubiła też odejmować sobie lat – każdemu opowiadała inną historię o swoim pochodzeniu. A urodziła się w Moskwie w 1898 r., w rodzinie zamożnego adwokata żydowskiego pochodzenia Borysa Górskiego i Malwiny z domu Dekler. Czuła się jednak rodowitą Polką.

Młoda Tamara uwielbiała uwodzić mężczyzn. Ciotka obiecała wydać ją za mąż za Tadeusza Łempickiego, przedstawiciela Towarzystwa Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej w Petersburgu. W mieście krążyły plotki, że jest urodzonym kobieciarzem i niespecjalnie przejmuje się pracą. Tamara, by mieć pewność, że Tadeusz ze ślubu nie zrezygnuje, zaszła z nim w ciążę. Ślub się odbył, ale to Tamara miała później problemy z dochowaniem wierności. Podobno jeszcze podczas wesela poznała „oszałamiająco przystojnego dyplomatę z Syjamu”, w którego łóżku wylądowała zaraz po zakończeniu miesiąca miodowego. Bezpruderyjność przydała się jej po aresztowaniu męża przez bolszewików. Chcąc go ocalić, trafiła do szwedzkiego konsula. Zażądał, aby została jego kochanką. Mówił, że to „usługa za usługę”.

Oboje dotrzymali słowa, po czym Łempiccy wyjechali do Paryża. W słynnym mieście kochanków Tamara stwierdziła, że jej partner się zmienił. Małomówny, apatyczny, miewał stany depresyjne i nie chciał podjąć żadnej pracy. Jego żonę ciągnęło do artystycznego światka. A Paryż tamtych lat był idealnym miejscem dla ludzi takich jak ona. Tam właśnie zaczęła naukę rysunku i malarstwa.

Uczyła się pod okiem Maurice'a Denisa, przyjaciela Paula Gauguina, a następnie przeniosła się do André Lhote’a. Miała prawdziwy talent do malowania. Bardzo szybko została okrzyknięta jedną z najjaśniejszych gwiazd art deco, a po trzech latach od rozpoczęcia kursu przyjęto ją do Salonu Jesiennego.

Odnosiła pierwsze sukcesy – z taniego hoteliku mogła przenieść się do mieszkania na Montparnasse. Tadeusz pracował w banku, ona portretowała zamożnych arystokratów i przemysłowców. Kariera kwitła także dzięki znajomości z kontrowersyjnymi artystami. Najczęściej wspomina się jej przyjaźń z André Gide’em, który uwielbiał odwiedzać bary, w których „wszystko było wolno”, a klientelę stanowili głównie transwestyci i homoseksualiści obojga płci. W 1924 r. Tamara namalowała znakomity, sugestywny portret Gide’a, który przyniósł jej duży rozgłos.

Paryskie życie miało też inny wymiar. Tamara wspomagała się alkoholem i narkotykami. Żyła jak w prawdziwej bohemie. – Zostawialiśmy po sobie prawdziwe pobojowisko. Na podłodze leżały kawałki pozrywanej ze ścian tapety, potłuczone butelki i kieliszki, połamane krzesła; wszędzie zalegały ciała osób pijanych do nieprzytomności i odurzonych narkotykami, podobne do zwłok, półnagie, obrzygane, w podartych ubraniach – wspominała malarka Maria Worobiewa.

Była prawdziwą femme fatale – jej biografowie wspominają nie tylko o narkotykach, ale także całonocnych orgiach z udziałem polskiej malarki. – Po takim nocnym pobudzeniu wracała do domu pewna siebie, naładowana przeżyciami oraz kokainą, w zapamiętaniu malowała do szóstej czy siódmej rano. Po paru godzinach snu i pospiesznym śniadaniu podejmowała na nowo swą codzienną działalność: zajęcia w akademii i spotkania w kawiarni, a potem znów przygotowania do nocnego życia – pisze biograf Tamary, Laura Claridge.

Co na to mąż? Miał dość jej wybryków i bycia notorycznie zdradzanym, więc w 1931 r. złożył pozew o rozwód. Nie powstrzymał go nawet wart milion dolarów majątek żony. Podobno po rozwodzie Tamara na trzy lata wpadła w ciężką depresję. W 1934 r. wyszła ponownie za mąż. Wybrankiem został baron Roul Kuffner. Razem przeprowadzili się do Nowego Jorku.

Tamara pragnęła stabilizacji, a majętny mąż, w dodatku uwielbiający jej twórczość, był jej inwestycją w przyszłość. Małżonkowie pozostawili sobie wolność erotyczną, ich związek opierał się na intelekcie i przyjaźni. Tamara, wyjeżdżając do Włoch, zawsze zabierała ze sobą jakiegoś kochanka i nie widziała w tym niczego niestosownego.

Jednak jej kolorowe, pełne przepychu i pieniędzy życie zaczęło się sypać. W Ameryce nie była tak doceniana jak w Europie. Po wojnie w malarstwie dominowały inne style, z którymi Tamara nie miała już nic wspólnego. Malowała jedynie dla przyjemności. Kuffner zmarł w 1961 r., zostawiając żonie cały majątek. Ona jednak nie potrafiła żyć sama. Ostatnie lata życia spędziła z córką i jej rodziną. Zmarła 16 marca 1980 r. w meksykańskiej Cuernavace u stóp wulkanu Popocatépetl.

Tamara zostawiła po sobie pikantne historie dla biografów i wyjątkowe obrazy dla fanów sztuki. Kto dziś nie kojarzy „Dziewczyny w zielonym Bugatti”?. 14 lat później jej obraz „Adam i Ewa” został sprzedany w nowojorskim domu aukcyjnym za prawie 2 mln dolarów, a w 1997 r. francuska projektantka Josiane Maryse Pividal, używając pseudonimu Lolita de Lempicka, wylansowała nową linię perfum.

Pola Negri

Dorastała w biedzie w miasteczku na Kujawach. Jej ojciec został zesłany na Syberię. Za często zaglądał do kieliszka. Matka Poli postanowiła w 1902 r. przenieść się do Warszawy. Otworzyła sklep na Lesznie, gwarnej ulicy zamieszkałej przez biedotę. Interes szedł kiepsko. Gdy Pola podrosła, musiała dokładać się domowego budżetu. Uczyła się w szkole klasztornej i dorabiała jako służąca.

Już jako nastolatka zwracała uwagę swoją nieprzeciętną urodą, talentem do śpiewu i tańca. Na początku zauważała to tylko jej matka, która wysłała córkę do szkoły baletowej. Kariera tancerki jednak nie była dziewczynie pisana. W 1912 r. zadebiutowała na scenie w „Ślubach Panieńskich”. Wtedy też przybrała pseudonim artystyczny Pola Negri, na cześć włoskiej poetki Ady Negri. Urocza, świeża, mająca w sobie coś kociego, wręcz diabolicznego, przykuwała uwagę widzów – pochlebne recenzje zapowiadały narodziny gwiazdy. Po sukcesie pierwszych przedstawień wyjechała do Berlina. W stolicy wytwórnia filmowa kupiła dla Poli tygrysa. Miała się z nim przechadzać po ulicach i wzbudzać sensację. I ta atmosfera skandalu utrzymywała się przez następne lata.

20-letnia Pola miała na swoim koncie niemałą fortunę oraz sukcesy filmowe, nie narzekała na brak adoratorów. Niedługo później dostała zaproszenie do fabryki snów. Atutami polskiej aktorki były: uroda, warsztat aktorski, sukcesy europejskie, wadami – słaba znajomość angielskiego i silny akcent. Na szczęście w epoce kina niemego nie stanowiło to bariery.

Hollywood zadbało oto, by ją odpowiednio wypromować. Na łamach prasy była przedstawiana jako córka cygańskiego muzyka i zubożałej hrabiny oraz uczennica szkół baletowych w Petersburgu. Pola idealnie wczuwała się też w rolę ekscentryczki, praktyka z Berlina nie poszła w las. Przechadzała się po Bulwarze Zachodzącego Słońca, prowadząc tygrysa lub charta na smyczy. Nosiła tylko białe kreacje, bogato zdobione biżuterią.

Głośnym echem odbijały się także jej związki, jak choćby ten z Rudolfem Valentino. Żyły nim media, a wytwórnia filmowa regularnie podsycała atmosferę wokół romansu swoich najlepszych aktorów. Niestety, nie doczekano się happy endu. Valentino zmarł nagle na skutek powikłań po zapaleniu wyrostka robaczkowego. Pola była zdruzgotana, na pogrzebie zachowywała się jak załamana wdowa po stracie męża.
Z nowym wybrankiem Sergem Mdivanim chciała założyć rodzinę. Zaszła w ciążę, postanowiła zakończyć karierę filmową i żyć z majątku, który zarobiła do tej pory. Stało się jednak inaczej. Poroniła, straciła fortunę podczas krachu giełdowego i rozstała się mężem, który miał skłonność do hazardu i oczekiwał, że Pola będzie spłacała jego długi. Negri była bliska załamania, lekarze powiedzieli jej, że już nigdy nie zajdzie w ciążę.

Nie kwapiła się z powrotem do Hollywood. W Niemczech wdała się w konflikt z Goebbelsem, ministrem propagandy w rządzie stworzonym przez Hitlera, który doszedł do władzy w 1933 r. Zdaniem ministra Negri miała pochodzenie żydowskie, co uniemożliwiało jej pracę w Niemczech. Pola przedstawiła stosowne dokumenty sprowadzone z Polski, w tym akt chrztu. W sprawie aktorki interweniował sam Hitler, który przyznał, że jest wielkim fanem jej talentu. Podobno dyktator wzruszał się do łez, oglądając polską gwiazdę na ekranie. Europejska prasa podejrzewała nawet, że kanclerz Niemiec i Pola Negri mają romans, czemu ona konsekwentnie zaprzeczała. Twierdziła, że spotkała go tylko raz w życiu.
Tuż przed wybuchem II wojny światowej wyjechała z Europy do Stanów. Królowa tragedii nie wróciła po wojnie na plan filmowy. Chciała, by zapamiętano taką, jaka była w czasach swojej świetności. Barbara Apolonia Chałupiec żyła 90 lat, zmarła w San Antonio 1 sierpnia 1987 r.

Ina Benita

Jej życie to jedna z najsmutniejszych historii o polskich aktorkach. Ina Benita, czyli Janina Ferow-Bułhak urodziła się w 1912 r. w Kijowie, a do Polski przyjechała wraz z rodziną w 1920 r. Miała wtedy osiem lat. Zanim zaczęła w Warszawie karierę aktorki, uczyła się w paryskiej szkole klasztornej, potem już w Polsce uczęszczała na kurs aktorstwa u Jadwigi Hryniewieckiej.

Dostrzeżono ją w 1933 r., gdy zagrała u boku Eugeniusza Bodo w „Jego ekscelencja subiekt”. Z miejsca stała się ulubienicą tłumów. Krytycy obsypali ją pochwałami. Widzów przyciągała swoim magnetyzmem, niesztampową urodą, kocimi ruchami i uwodzicielskim spojrzeniem. Jej uroda rzucała mężczyzn na kolana. Była młodziutka, gdy pierwszy raz wyszła za mąż. Poślubiła 12 lat starszego Jerzego Dal-Atana. Małżeństwo rozpadało się jednak po trzech latach i zakończyło skandalem. Dal-Atan był reżyserem, na planie filmu (w którym tytułową rolę grała jego żona) zakochał się w żonie swojego aktora. Ina dowiedziała się o zdradzie i zażądała rozwodu.

Słynna uwodzicielka nie pozostała samotna na długo. W 1937 r. poślubiła operatora Stanisława Lipińskiego i wyjechała z nim do Lwowa. Bardzo szybko jednak wróciła do ukochanej Warszawy – bez męża. Po powrocie nie potrafiła znaleźć dla siebie pracy. Żyła z oszczędności, które z każdym kolejnym miesiącem topniały. Była przyzwyczajona do życia w luksusie i nie chciała porzucać aktorstwa – w przeciwieństwie do jej koleżanek po fachu, które wraz z ekspansją nazizmu bojkotowały teatry. Zaproponowano jej pracę kelnerki w słynnej kawiarni U Aktorek, ale to nie było zajęcie dla niej.
Znalazła pracę na scenie – występowała w propagandowych przedstawieniach, w których lubowali się naziści. Wśród hitlerowskich żołnierzy znalazła kolejną miłość życia – oficera Wehrmachtu, którego nazwisko nie zachowało się we wspomnieniach. Zostali kochankami. Latem 1943 r. wyjechali do Wiednia, gdzie Ina zaszła w ciążę.

Na początku 1944 r. wróciła do Warszawy, ale tu już wiedziano o jej związku z oficerem – wiedziały o tym i społeczeństwo, które tak chętnie chodziło na jej przedstawienia, i władze niemieckie. Para została oskarżona o Rassenschande – zbrodnię przeciwko czystości rasy. Dowiedziano się, że Ina miała żydowskich przodków. Jej mąż uniknął kary, został jedynie zesłany na front. Ona z kolei trafiła na Pawiak. Syna urodziła w więzieniu.

Zwolniono ją dzień przed wybuchem Powstania Warszawskiego. Do dziś nie wiadomo dokładnie, kiedy i jak zginęła. W jednej z wersji mówi się o tym, że ostatnio widziano ją, jak w czasie powstania schodziła do kanałów z malcem. Ale zachowało się także takie wspomnienie:

„Ewakuacja przebiegała sprawnie, dopóki nie poczuliśmy gazu. Trujące opary pojawiły się w kanale gdzieś na wysokości skrzyżowania Senatorskiej i placu Teatralnego. Tam zbombardowali nas granatami. Gaz zaczęliśmy wdychać później. Pewnie w okolicy narożnika Królewskiej i placu Piłsudskiego. W każdym razie już blisko Śródmieścia – celu naszej wędrówki. Wtedy właśnie widziałam ją po raz ostatni. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia. Usiłowała nucić operetkowe arie. Od czasu do czasu śmiała się do łez. Niewątpliwie po stracie dziecka, które z wycieńczenia zmarło w ramionach matki, popadła w obłęd. Baliśmy się, że jej głośne zachowanie może zwabić czatujących na powierzchni Niemców, ale nagle zniknęła. Nie wiem, czy zatruła się oparami, czy też utonęła. Pewne jest, że w przeciwieństwie do życia, śmierć miała bardzo niefilmową” – wspominała Elżbieta Lemańska.

Magdalena Drozdek