Belle Epoque

NOWY SERIAL

ŚRODA 21:30

OD 15 LUTEGO

TVN

Pobudka o 3 nad ranem i 2 godziny charakteryzacji. Kostiumograf zdradza kulisy serialu

Udostępnij Tweetnij Wykop

Może zmienić nas nie do poznania, przenieść w czasie lub sprawić, że poczujemy się zupełnie kimś innym. Kostium to ważne narzędzie w pracy każdego aktora, pomaga wydobyć niuanse postaci, poczuć ją i dopełnić. Czasem staje się kluczem pełnym symboli i znaczeń, jest bezsłowną opowieścią o życiu, osobowości, doświadczeniach. Wszystko to wie doskonale Małgorzata Zacharska, która stworzyła kostiumy do serialu TVN „Belle époque”. Jak olbrzymie było to przedsięwzięcie, dlaczego kobiety na planie lubiły nosić gorsety i co można wyczytać ze starych kapeluszy, dowiecie się z wywiadu Aleksandry Nagel.

Źródło: TVN

Aleksandra Nagel: Co pani pomyślała, gdy zaproponowano pani pracę nad serialem „Belle Epoque”?
Małgorzata Zacharska: Bardzo się ucieszyłam, bo rzadko w Polsce powstają produkcje historyczne. Jeszcze druga wojna światowa jakoś się pojawia, ale to, co wcześniej, naprawdę sporadycznie. Więc na początku bardzo się ucieszyłam, bo to marzenie każdego kostiumografa, a potem jednak przyszła refleksja: „no dobrze, fajnie, fajnie, ale jak to wszystko zrobić?”.

Co było dla pani największą inspiracją w przygotowywaniu całego planu?
Skończyłam projektowanie ubioru i miałam zajęcia z historii ubioru, więc to nie była dla mnie tajemna wiedza. Poza tym miałam już do czynienia z kostiumami stylowymi. Mimo wszystko chciałam poznać bliżej tę epokę. Czytałam sporo książek, szczególnie o obyczajowości, o tym jak wyglądało życie w tamtych czasach. Największą inspiracją były dla mnie stare zdjęcia.

No tak, ale zdjęcia sprzed wieku nie były robione tak, jak dzisiaj - przy każdej możliwej okazji. Ludzie szli do fotografa albo zamawiali go tylko na wyjątkowe okazje, a skoro wyjątkowe okazje, to na tych zdjęciach też wyglądali inaczej…
Dokładnie tak. To był czas, gdy fotografia nie była jeszcze tak popularna. Często było tak, że ludzie przez całe swoje życie zrobili sobie tylko kilka zdjęć. Rzeczywiście te zdjęcia powstawały w uroczystych chwilach – chrzest, ślub, ważna rodzinna uroczystość, a nie codzienność. Dlatego tak ważne jest poznanie obyczajowości tamtych czasów. Trudno było też nam znaleźć zdjęcia niższych warstw społecznych. Trzeba było włożyć dużo pracy, by to odpowiednio odtworzyć.

A dla kogo było najłatwiej skompletować garderobę?
Tu panią zaskoczę, bo właśnie dla Magdy Cieleckiej - Konstancji. Tworząc jej postać, opierałam się na najpiękniejszych strojach z tamtych czasów. Konstancja to osoba z wyższych sfer, która – gdyby żyła dzisiaj – miałaby szafę z ubraniami haute couture. To stroje najbardziej bogate, tak bogate, że aż nierealne w swoim przepychu. Chciałam, żeby postacie Konstancji, jak i Misi, były najbardziej wykreowane. Łatwo było to wymyślić, ale trzeba było włożyć wiele wysiłku w realizacje tego pomysłu i pieniędzy, bo te kreacje były najbardziej kosztowne.

Belle epoque to wbrew pozorom bardzo różnorodna epoka. Z czym pani – jeśli chodzi o kostiumy - najbardziej się kojarzy?
Właśnie! Myśląc o belle epoque, zwykle myślimy o przełomie stuleci, ale tak naprawdę to był czas od lat siedemdziesiątych XIX wieku. Moda przez te kilka dekad bardzo się zmieniała. To był bardzo interesujący czas – zarówno w modzie, jak i w sztuce. Dla mnie to był moment, gdy nastąpiła ogromna zmiana. Stare, ciężkie stroje zaczęły być stopniowo wypierane przez nowoczesność. To wówczas narodziły się kroje i formy, które w sumie nosimy do dzisiaj. To była prawdziwa rewolucja.

Kto pani zdaniem był zwiastunem tych zmian, jeśli chodzi o modę?
Tych osób było naprawdę wiele. I mam tu na myśli nie tylko kreatorów mody jak Coco Chanel. Wpływ na zmianę mody kobiecej miały kobiety, które były wyemancypowane. Wystarczy wspomnieć chociażby o Marii Skłodowskiej-Curie. Myślimy o niej głównie w kontekście pracy naukowej, ale ona była również modową trendsetterką. Priorytetem dla niej było to, co robi, a nie jak wygląda. Nosiła wygodne stroje i nie bała się kontrowersji. Kobiety takie jak ona zmieniły modę.

Dla mnie belle epoque to czas kapeluszy. Czy rzeczywiście były elementem każdego stroju?
Oczywiście, były wizytówką każdej damy! Moda na ogromne kapelusze z szerokim rondem wiązała się także z ówczesnym kanonem piękna. Taki kapelusz optycznie podkreślał bardzo wąską talię, działając na zasadzie kontrastu. Ten kapelusz przez dziesięciolecia belle epoque ewoluował do gigantycznych rozmiarów. Znajdowała się na nim cała wystawa: pióra, tiule, woalki, welony, nawet preparowane zwierzęta czy owady (wraz z rozwojem nauk przyrodniczych). To było bardzo modne! W ogóle nakrycie głowy było niezbędnym elementem stroju zarówno kobiet, jak i mężczyzn i to we wszystkich grupach społecznych. Stroje ludzi uboższych to osobna, ale bardzo ważna część, były one z dzisiejszego punktu widzenia równie „eleganckie” w kształcie i kroju, ale zdecydowanie bardziej znoszone i zniszczone, wykonane były z gorszych tkanin, ludzie nie mieli tylu ubrań co dziś.

Skoro mowa o skomplikowanej stylizacji i niewygodach strojach sprzed wieku, czy poszliście na jakieś ustępstwa?
Mój pomysł był taki, by bohaterowie mieli na sobie kostiumy dokładnie takie, jakie nosili ludzie sto lat temu. Niewygodny kapelusz, sztywny kołnierzyk czy gorset – wszystko musiało pojawić się w stylizacjach, bo to wszystko było częścią tamtej epoki, a poza tym wymuszało pewne zachowania, gesty, sposób poruszania się. Tworzyło inną sylwetkę. Staraliśmy się zachować wszystkie niewygody tamtych czasów.

Jak na to reagowali aktorzy? Mocno marudzili?
Jasne że było im niewygodnie, ale podeszli do tego wszystkiego bardzo entuzjastycznie. Byłam nawet pozytywnie zaskoczona ich postawą. Spodziewałam się, że będą z tym problemy, a tu nie. Zwłaszcza kobiety z chęcią zakładały gorsety!

Dlaczego?
Powiem pani szczerze, jak widziały, jak zmienia się ich sylwetka, jak taki gorset może wymodelować ciało, to bardzo chętnie go zakładały. Poza tym ten niewygodny kostium pomagał im przeistoczyć się postać i poczuć epokę.

Magia kostiumu…
To przenoszenie się w czasie. Wszyscy dzielnie znosili wszystkie dopinania, zawiązywania, kolejne warstwy, muszki, fulary, krawaty, bardzo dzielnie, bardzo chętnie. Widać, że polskim aktorom brakuje tej magii. Że są spragnieni kostiumu.

A jak to jest z tą kobiecą talią? Ja często chodzę do ciucholandów i jak znajduję coś sprzed dekad, mam nieodparte wrażenie, że kobiety w tamtych czasach były naprawdę szczuplejsze, drobniejsze. Czy pani też ma takie zdanie?
Ogólnie ludzie byli mniejsi. Widać to już w kostiumach sprzed pół wieku, ale w tych z czasów belle epoque to już na pewno. Wystarczy pójść na jakąś wystawę autentycznych ubrań. Rzeczywiście ludzie byli mniejsi i wiązało się to również z mniejszą dostępnością jedzenia. W belle epoque nie było tyle słodyczy, fast foodów.

Utarło się przekonanie, że tylko kobiety wciskały się w gorsety, a czy mężczyźni też coś takiego nosili?
Oczywiście występowały gorsety męskie. To, co było bardzo charakterystyczne w ubiorze męskim, to spodnie z bardzo wysokim stanem, które podkreślały dodatkowo talię. Muszę przyznać, że te spodnie to była nasza prawdziwa bolączka na planie, bo współcześni panowie noszą spodnie na biodrach. Gdy aktorzy zakładali nasze stylowe spodnie, za chwilę mimowolnie opuszczali je na biodra i krok mieli w okolicach kolan. Ciągle opuszczali te spodnie do dołu, nie mogli się przyzwyczaić. Musieliśmy tego bardzo pilnować. Większość zakładała szelki jak dzieci w przedszkolu, ale i tak je luzowała, my podciągałyśmy; i tak w kółko.

Zostańmy przy tych spodniach. Współczesna kobieta szykując się do pracy, często dosłownie wskakuje w ulubione jeansy, koszulę i biegnie do biura. Zajmuje jej to (często z makijażem i fryzurą) 15 minut. Ile wam zajmowało wystylizowanie kobiety z czasów belle epoque na planie?
To prawda, kobiety z wyższych sfer w tamtych czasach miały służące, które pomagały im się ubierać. Dzisiaj niewiele potrzebujemy, by wyglądać dobrze. Ubieramy się same. Przenosząc się do belle epoque na planie filmowym, musieliśmy zmierzyć się z tym wyzwaniem. Samo ubieranie jednej postaci początkowo zajmowało nam 40 minut, potem udało nam się zejść do poł godziny, ale dopiero wtedy, gdy opracowałyśmy dokładnie pewien system, strategię pracy. Ubranie i wystylizowanie samej Magdy Cieleckiej zajmowało nam wszystkim 2-2,5 godziny. To sprawiało, że praca na planie zdjęciowym zaczynała się naprawę niemiłosiernie wcześnie – 3, 4 rano, a po zdjęciach jeszcze trzeba było coś przygotować na następny dzień. Często kończyłyśmy pracę dopiero o 22. Jeśli dodamy do tego fakt, że znaczna część obiektów znajdowała się poza Warszawą – Żyrardów, Konstancin – to naprawdę była praca 24 godziny na dobę. To było wykańczające.

Podobno Edward Miszczak łapał się za głowę na konferencji zapowiadającej wiosenną ramówkę TVN, wspominając wydatki na kostiumy…
Z mojego punktu widzenia wydatki na to, co udało nam się zdobyć, oraz na liczbę potrzebnych kostiumów wcale nie były takie duże. Każdy kostium składał się z kilku, jeśli nie często kilkunastu części. Szyliśmy, kupowaliśmy na aukcjach, przerabialiśmy, wypożyczaliśmy, zamawialiśmy u szewca czy modystki. Wiele kostiumów było oryginalnych. To było wielkie przedsięwzięcie.

To prawda, że część kostiumów wypożyczaliście z samego Londynu?
Również z polskich wypożyczalni kostiumów, ale te najbardziej spektakularne, bogate kreacje rzeczywiście sprowadzaliśmy zza granicy. Lista miejsc jest naprawdę długa. Warto też dodać, że to nie było wcale takie łatwe, bo przełom wieków to obecnie bardzo modny okres w filmie. Jak pojechaliśmy do jednej z największych wypożyczalni w Londynie, to okazało się, że tam już niewiele jest. Szukaliśmy w Wiedniu, Paryżu. To były naturalne kierunki, bo w Polsce takich kostiumów po prostu nie ma. Mieliśmy dwie wojny i komunizm, który nie dbał zbytnio o stroje dawnej arystokracji czy burżuazji. Uważam więc, że biorąc pod uwagę wielkość przedsięwzięcia, różnorodność i ilość potrzebnych kostiumów, to udało się to naprawdę bardzo niedrogo. To jest duży budżet jak na polskie warunki, ale biorąc pod uwagę, że korzystamy z tych samych źródeł co zagraniczne produkcje, a wydajemy na to jedynie część ich budżetu. Cała trudność polega na tym, że my na cały sezon mieliśmy prawdopodobnie taki budżet, jak np. brytyjskie produkcje na jeden czy dwa odcinki.

Czy kompletując stylizacje, szukaliście elementów w „niefilmowych miejscach”, takich jak zwykły second hand czy nawet sieciówka?
Zaglądaliśmy wszędzie, nie tylko do wielkich wypożyczalni. Zdarzało nam się znaleźć w ciucholandzie jakąś zabłąkaną koronkową koszulę, jakąś biżuterię. W sieciówkach też kupowaliśmy i przerabialiśmy, by były bardziej stylowe.

Tu pani mnie zaskoczyła. W których kostiumach odnajdziemy elementy z sieciówkowych kolekcji?
Nie chcę zdradzać moich sekretów. Lubię, gdy widz myśli, że coś jest stare, a wcale takie nie jest. To moja tajemnica. A film jest sztuką iluzji.

Z czego pani jest naprawdę dumna, jeśli chodzi o kostiumy w serialu „Belle Epoque”?
W pracy nad kostiumami do serialu równie ważne były dla mnie te pierwszoplanowe, jak i drugoplanowe i te dla statystów. Marzę o tym, by kostiumy były przygotowane z taką starannością, aby widz oglądając, nie czuł różnicy między filmem polskim a zagranicznym. Poza tym uważam, że ten serial przenosi nas do naprawdę niezwykłych czasów. Dziś żyjemy w okresie takiej trochę „antyestetyki”, podoba nam się wszystko, co jest brudne i mroczne, a tamten świat - pomimo tego, że czasami mroczny i przykurzony - był bardzo estetyczny. Mam nadzieję, że udało się to pokazać, że to będzie uczta estetyczna.

Aleksandra Nagel