Belle Epoque

NOWY SERIAL

ŚRODA 21:30

OD 15 LUTEGO

TVN

Miłość w czasach belle epoque

Udostępnij Tweetnij Wykop

Jak wyglądało podrywanie i randkowanie na przełomie XIX i XX wieku? Cóż, dobrze, że pewne sprawy wyszły z mody, a z części panowie i panie powinni korzystać garściami i teraz. W tamtych czasach być singlem nie było łatwo, a by poznać tę odpowiednią drugą połówkę, trzeba się było nieźle natrudzić.

Źródło: Shutterstock.com

- Bezżennych można było poznać nie tylko po patologicznych skłonnościach, ale także po wyglądzie. Cechowała ich bladość twarzy, wysypki skórne, podkrążone oczy, skłonność do waporów, ciągłe westchnienia, a na koniec otępienie. Jak donoszą ówcześni lekarze, niezamężni ulegali rozmaitym „zboczeniom sfery uczuciowej”, takim jak: tęsknica, bezsenność, zmory nocne, sny miłosne... – pisze Agnieszka Lisak w swojej książce „Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku”.

Nie było łatwo być w tamtych czasach starym kawalerem czy starą panną. Żeby ocalić resztki honoru, kobiety odbierały sobie życie albo wstępowały do klasztoru. Magdalena Samozwaniec pisała: strach ówczesnych matek, aby córki przypadkiem nie pozostały w domu przy rodzicach, był wręcz nieopisany. Bardzo wiele młodych panien, które nie miały szans dobrego zamążpójścia, szło do klasztoru, aby tylko nie słyszeć złośliwych drwin od rodziców i młodszego rodzeństwa oraz wiecznie powtarzającego się epitetu „stara panna”. Jak więc wyglądało poszukiwanie ukochanej i ukochanego?

Ten pierwszy krok

Zacznijmy od panów. O trudnej sztuce uwodzenia pisał dla nich M.A. Zawadzki w wydanej w 1903 roku książce „Przewodnik zakochanych”. Autor już na początku podkreśla powagę sytuacji. - Są kobity złe i dobre, zacne, czcigodne, jakiekolwiek jednak one są, zawsze wpływ ich dodatni czy ujemny oddziaływa potężnie na mężczyznę – a wpływ ten decyduje o jego życiu, przyszłości, urabia jego serce i charakter. Prawdę tę już sama historya stwierdza. Każdy wielki człowiek, o którym nam dzieje mówią, każdy wielki mąż stanu, artysta, poeta miał swoją „wybraną”, która wpływała na jego czyny i twórczość – pisze. – Wzorowa, pracowita i kochająca córka będzie taką samą żoną. Będzie przyjaciółką i towarzyszką męża w dobrej czy złej doli, potrafi dodać mu sił i otuchy, umilić życie i rozjaśniać niejedną czarną godzinę i wpoić w dzieci te same zasady, w których ją wychowano i dla których żyła. Nie sądźmy, że to niedościgniony ideał, że trudno znaleźć taką kobietę. Nie! Na szczęście jest ich dosyć, jest ich dużo, dużo więcej niż złych kobiet. Umiejmy tylko poszukać i krytycznem okiem się rozejrzeć. Nie powierzajmy przyszłości naszej ślepemu, a częstokroć błędnemu porywowi serca lub kaprysowi zmysłów, a bez wątpienia, szukając dozgonnej towarzyszki, znajdziemy dużo przyzwoitych i wzorowych panien, łączących z urodą i wdziękiem młodości stateczność i zacność charakteru.

Zawadzki daje swoim czytelnikom kilka przydatnych rad. Pierwsza i najważniejsza – przy kobiecie trzeba czuć się pewnie. Po drugie być wybrednym, bo „człowiek pojmujący życie i jego obowiązki poważnie nie powinien nigdy lokować uczuć swoich u kobiet, których zawód nie daje rękojmi, że będą dobremi żonami i matkami”.

Co, kiedy mężczyźnie spodoba się już jakaś kobieta? Tu pisarz zaznacza, że najważniejsze jest poznanie jej znajomych w celu wyciągnięcia najważniejszych informacji, a tuż potem zjednanie sobie jej ojca. A co z poznawaniem matki wybranki serca i przyszłej teściowej? „Nie całujemy w rękę. Przed panią domu należy skłonić oczywiście nieco głowę, wstrzymać się jednak bezwarunkowo od całowania ręki. Jest to brzydka mieszczańska naleciałość, dawno z eleganckich salonów wyrugowana, a obserwowana tylko pilnie przez starych kawalerów” – pisze Zawadzki.

Na bal czy na spotkanie z przyzwoitką?

Spotkania zakochanych wiązały się z różnymi konwenansami. Ale randki w czasach Młodej Polski były znacznie bardziej fascynujące od tych dzisiejszych. Zakochani pisali do siebie długie listy skrapiane perfumami. Okazuje się, że nie tylko rodzaj papeterii, układ słów, ale i sposób naklejenia znaczka na list miał kolosalne znaczenie. Jeżeli znaczek był przyklejony prawidłowo, to oznaczało, że kochankowi zależy na kobiecie i odwrotnie.

Na przełamanie nieśmiałości podczas pierwszego spotkania pomagał tzw. flirt towarzyski. Był to rodzaj gry karcianej, polegającym na kontaktowaniu się zakochanych za pomocą kart, na których wcześniej zapisano różne pytania. Flirt towarzyski cieszył się popularnością na przełomie wieków, ale także w latach 80. XX wieku. Dziś królują czat i sms-y.

Spotkania takie odbywały się najczęściej w towarzystwie przyzwoitek. Po co kochankom osoba trzecia? Miała pilnować pary, by później nie pojawiły się żadne niepotrzebne plotki. Otóż XIX wiek był czasem pruderii i surowych norm obyczajowych, które w większości dotyczyły pań. Dziewczyna podejrzewana o romans i nieczyste myśli stawała się ofiarą plotek, które potrafiły przekreślić jej pozycję w towarzystwie. A tego żadna kobieta nie pragnęła.

Przeważnie więc z domu wychodziły z przyzwoitkami. Ferdynand Hoesick wspominał np., że gdy chodził na spacery ze swoją ukochaną, towarzyszyła im stara panna. „Z Łazienek zawsze wracaliśmy tramwajem, a siedząc przy sobie, ramię w ramię, tak byliśmy zaabsorbowani rozmową, że ja przynajmniej zapominałem całkowicie, że nie jesteśmy we dwoje tylko, lecz że z nami była jej dame de compagnie, panna Helena Majewska, stara panna, która jednak w stosownych chwilach umiała być obecną, ale nie przytomną, nie widzieć ani słyszeć” - wspomina.

Przyzwoitek nie mogło zabraknąć także na balach. Dla każdej dziewczyny było to wyjątkowe wydarzenie, na którym mogły olśnić kawalerów. Aby budzić zainteresowanie, panna musiała dobrze wyglądać. W tym celu kupowano jej dwie lub trzy suknie balowe lub przerabiano po rodzinie. Kobiety, by się podobać, wciskały się w ciasne gorsety, prezentowały swoje wdzięki pod rzędem krynolin. Chcąc podobać się innym, kobiety nieraz przekraczały granice zdrowego rozsądku. Jeden z poradników medycznych pokazywał dla przykładu, jak należy „tarzać się przeciw otyłości brzucha”.

Panom wystarczył natomiast elegancki surdut? Otóż nie. Wskazówki co do wyglądu serwował nieobeznanym kawalerom autor „Abecadła życia powszedniego”. – W niedzielę rano, wstawszy z łóżka, poddaj siebie samego rewizyji i zbadaj, czy jesteś gruntownie czystym. Jeżeli nogi masz brudne, umyj je, jeżeli masz paznogcie za długie, obetnij je, jeżeli ulegasz łatwo poceniu, posyp pocące się miejsce proszkiem, którego dadzą ci za parę groszy w każdej aptece, jeżeli masz odciski, usuń je nożem kościanym, a uważnie, iżbyś się nie okaleczył. Zęby i gardło wypłucz, brud z zębów usuń za pomocą kredy z miętą, węgla lub popiołu z cygara, mocno przecierając palcem szczoteczką”.

Higiena osobista to klucz do sukcesu – potem najważniejszy jest elegancki strój i odpowiednie zastawienie: „idź z humorem, z piosenką na ustach, z kwiatkiem w butoniercy, z wierszykiem dla lubej, pachnący, ładny i już zawczasu zakochany”. Tak można było liczyć na to, że dziewczyna drżącą ręką zapisze nazwisko kawalera w swoim balowym karneciku.

Miłość aż po grób?

Udane randkowanie zaprowadzało parę przed ołtarz. Jak wyglądała XIX-wieczna noc poślubna? Ze statystyk wynika, że kobiety z dobrych domów dopiero u boku męża doświadczały po raz pierwszy „tajemnic płciowych”. Mężczyźni zaś mieli już z reguły bogaty bagaż doświadczeń. Magdalena Samozwaniec tak opisywała swoją pierwszą noc u boku męża: "ukochany wyszedł do toalety przebrać się, ona w tym czasie założyła swoją atłasową piżamę, prezent od taty z Ameryki. Skropiła się perfumami, rozpuściła długie włosy. Na stoliku dla kurażu postawiła pół litra nalewki. Mąż kształcony w sztuce miłosnej okazał się 'amantem miłym i delikatnym'. Następnego dnia zadzwoniła do domu i opowiedziała rodzicom, że „małżeństwo to wspaniała instytucja”.

Większość kobiet marzyła o związku jak z książkowego romansu. Miał być oddany dżentelmen, najlepiej z dobrą pracą, majątkiem i własnym domem, miało być wielkie uczucie i związek na lata. Dla tych kobiet małżeństwo było remedium na bolączki młodości i na wszechobecną nudę. Zakochiwały się w pierwszym lepszym kawalerze i stawały z nim na ślubnym kobiercu. Później okazywało się jednak, że prawdziwe życie nijak się ma do wytworów pisarzy.

Znacznie popularniejsze były jednak małżeństwa z rozsądku. W wyższych sferach małżonkowie zajęci światowym życiem i rozrywkami, nigdy po wypowiedzeniu przysięgi nie interesowali się sobą. Każde żyło po swojemu, łączył ich tylko wspólny majątek. Inaczej było w niższych sferach. Czasem kobieta wychodziła za mąż, by przeżyć. Biednych proza życia łączyła. Przywykali do siebie, zaczynali się cenić, szacunek zmieniał się w poważną miłość i troskę o tę drugą osobę.

Ale przecież nie wszystkie schadzki kończyły się małżeństwem! Czasem kawaler musiał podjąć decyzję o zerwaniu. Jak dać kosza w XIX-wiecznym stylu? Tu znów przydatne były rady Zawadzkiego. - Nie zapominajmy, że słabszą i w każdym przypadku krokiem tym pokrzywdzoną stroną jest panna, że zerwanie z narzeczonym rzuca ją na pastwę złośliwych domniemań i złych języków ludzkich – pisze.

Najlepszym sposobem na zerwanie jest jego zdaniem list, bo „unika się przez to przykrych wyrzutów, przykrzejszych jeszcze wyjaśnień, a nierzadko scen”. W liście takim trzeba stanowczo uargumentować swoje postanowienie.

- Młody człowiek mógł na przykład dojść do tego przekonania, że go panna nie kocha, on zaś nie chcąc brutalnie korzystać z wziętego od niej słowa – zwraca je etc. Może znaleźć wymówkę w tem, że nie czuje w sobie dość sił, by zapewnić jej szczęście, na które tak szlachetna istota zasługuje i prawo ma do niego; może się wreszcie przyznać, że charakter jego w porównaniu z jej zaletami jest bez porównania niższym i w smutnem tem samopoznaniu widzi jasno, że nie byłaby z nim szczęśliwą etc. – podpowiada Zawadzki.

Pisarz zauważa także, że nie wystarczy poprosić dziewczynę o zwrot pierścionka – „Kawaler najlepiej powinien jej imię, nazwisko i osobę wykreślić zupełnie ze swej pamięci i przeszłości. Tak samo postępuje każda dobra i zacna panna. Zerwanie ostatecznie zwalnia zupełnie z obowiązku kłaniania się na ulicy, ukłon nawet w tym przypadku byłby wyrazem drwin czy lekceważenia – na każdy sposób niewłaściwym i obrażającymi”.

Magdalena Drozdek